Chyba musiałabym pojechać nad morze Kaspijskie i kupić całą rybę, która waży 100-200kg, tylko że wtedy ona na pewno już by nie miała kawioru w sobie, wiec kawior musiałabym kupić osobno (potrzebne mi 250g czyli 1000-2000euro zależnie od ceny giełdowej, tak tak , bieługa niczym baryłka ropy i złoto ma swoją cenę rynkową na dany moment zakupu!)Jest jeszcze inna opcja, mogłabym zakupić kuter rybacki i udać się na wyprawę po morzu kaspijskim, albo przyłączyć się do kłusowników, bo legalnie raczej sobie bieługi nie mogę złowić. Całe przedsiębiorstwa (czytaj mafie) z tego gatunki ryby żyją, kupują sobie mercedesy i budują domy ozdobnymi dachami.
Czytałam kiedyś, jak jeszcze studiowałam na Wydziale Biologii, artykuł o podspecjalizacji w Weterynarii, Ichtiochirurgów ginekologów którzy zarabiają miliony dolarów rocznie na laparoskopowym wydobywaniu ikry z dróg rodnych żywych bieług bez konieczności i uprzedniego zabicia. Zwiększając tym samym ilość ikry wyprodukowanej przez jedną rybę. Problem okazała się jednak kiedy znawcy stwierdzili że z niewiadomych względów kawior wydobyty tą metodą nie jest tak wykwintny jak ten zdobyty tradycyjnymi metodami. Jednak nam kawiorowym laikom to raczej nie przeszkadza, więc śmiem twierdzić, że ta specjalizacja wciąż prosperuje.
Właśnie wpadłam na jeszcze jeden pomysł, mogę kupić kawior z bieługi a resztę składników czyli łożysko, jelito i wątrobę z takiego na przykład łososia albo pstrąga. Nie wiem czy Pan w sklepie rybnym by się nie zdziwił z takiego zamówienia, ale znając możliwości mojego sklepu rybnego pod domem jest to wykonalne- chyba.Jednak wtedy nasuwa się pytanie. Skoro byłoby mnie stać na kawior z bieługi za 2000 euro to czy nie wolałabym go zjeść ciesząc się pełnią jego smaku, tylko mieszałabym go z wnętrznościami innej mniej szlachetnej ryby...?! Raczej nie.
Co ciekawe książka ta jest wydana nie w 1950 roku kiedy to bieługa była rybą powiedzmy że ogólnodostępną dla rolników rumuńskich, ale w 2008 roku kiedy nowobogaccy mieszkańcy Rumunii raczej sobie kupowali największe telewizory LCD i złote kety dla synków niż kawior z bieługi którym się przecież nie pochwalą przed sąsiadami!
Dlatego polecam na dziś biedniejszą wersję. Prawie że studencką.
Kupujemy kawior z łososia za 39zł, rosyjską puszkę. (*mmmm uwielbiam!!)
i robimy bliny.
100ml mleka rozrabiamy z 7g suszonych drożdży,
dodajemy łyżeczkę cukru i czubatą łyżkę mąki pszennej.
Gdy rozczyn zacznie zawierać w sobie pęcherzyki powietrza.
Dodajemy 2 jajka, 100g mąki pszennej, 100g mąki gryczanej, 50g roztopionego masła, pół łyżeczki soli. Staranie mieszamy na jednolitą półpłynną masę. Ostawiamy w ciepłe miejsce gdy, ciasto podwoi swoją obojętność, zaczynamy smażyć.
I tu was zaskoczę bo ja smażę bliny niemalże bez oleju, na patelni teflonowej, dostają wtedy piękny brązowy kolor i formują się w idealny okrągły kształt.Patelnię smaruję tylko olejem ręcznikiem kuchennym przy co drugim blinie. Małą chochlę ciasta wylewam na patelnię, obsmażam ok 1 min z każdej strony.


Po prostu uwielbiam Twoje historie.. Są takie barwne, takie wciągające.. A bliny..bliny też uwielbiam:))
OdpowiedzUsuńja tez wciagnelam sie w twoje opowiesci, sa super. Oczywiscie potrawy tez sprawdzam, ale sa dla mnie dodatkiem do opowiadanych histori, pozdrawiam
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, dokładnie o to mi chodziło od początku żeby pomieszać opowiadania z życia z gotowaniem, i pokazać jak ważny element życia jedzenie dla nas stanowi nawet jeżeli nie zdajemy sobie z tego sprawy :) Dziękuję wam za te miłe słowa! Bardzo motywujące...:)
OdpowiedzUsuńNicole, tzreba bylo ten blog zaczac w 2002 (byly juz wtedy blogi?) jak mieszkalam w Moskwie, wyslalabym ci first class prodcut swiezutki, tylko trzeba szybko konsumowac tj max 72 godz w lodowce a to przy zakupie minimalnej ilosci kilograma z co najmniej trzech Sorten niczym wyzwanie dla zoladka. Teraz jak piszesz sa crazy ceny ..i w moskwie tez :(
OdpowiedzUsuń