sobota, 24 grudnia 2011

Karp w galarecie raz na ruski rok


Ile dni ma ruski rok? Obstawiam że, pewnie tyle ile nie pisałam nic tutaj...


Dziś z okazji Wigilii Bożego Narodzenia, postanowiłam napisać wam kilka kulinarnych i świątecznych słów a przy okazji podzielić się z wami moim pięknym sklarowanym karpiem w galarecie.

Tak jak każda polska rodzina ma swoje wigilijne tradycje, tak ma i moja.
Do mojego rodzinnego domu wprowadziliśmy się 20 lat temu. Od tego czasu Wigilii nie było u nas w domu tylko dwa razy. Pierwszy raz jak miałam lat 11 i na całe Święta rodzice zabrali nas do - Izraela! Drugi raz Wigilii nie było rok temu, bo tego dnia pracowałam - w Londynie.

Pewnie mama to niechętnie uzna za prawdę, ale przynajmniej trzy czwarte wigilijnych potraw jest mojego autorstwa. Co roku robię to samo: smażę bliny z kawiorem, przygotowuje dwa
rodzaje śledzia, sałatkę krabową i sałatkę jarzynową, chrzan tarty, sos tatarski. Mama robi rybę po grecku, a wujek piecze chleb i przyrządza karpia w galarecie.
Nasza wigilia jest własnie taka - przystawkowa.
Od zawsze przygotowane jest drugie danie- zupa (barszcz lub grzybowa na zmianę) i pierogi. Ale od zawsze po zimnych przekąskach nikt z całej rodziny nie ma "miejsca" na kolejne danie.
Wtedy idziemy otwierać prezenty.
Po prezentach ponownie oferowane jest drugie danie, ale wszyscy (z moim tatą największym łasuchem Świata na czele) wolą już desery. Specem od deserów jest ciocia Ela, która słynie z sernika i (tu mojego ulubionego) ciasta orzechowego.
Wigilia zaczyna się o szóstej kończy o ósmej. I co roku sobie obiecujemy że za rok będziemy jeść wolniej i będzie trwała dłużej....ale co roku jest tak samo.


W tym roku mimo, że jest bardzo tradycyjnie, jest nieco inaczej.
Ja zrobiłam mamy rybę po grecku, chociaż powinnam dodać ku nie kłamaniu że asystowała mi przy tym zadaniu ciocia Jagoda. I ja zrobiłam wujka karpia w galarecie (po żydowsku- chyba, bo ma rodzynki i migdały).
Dawno się w kuchni tak nie stresowałam jak nad tym karpiem. Stałam dwie godziny wpatrując się w galaretę, uprawiając modły żeby się zsiadła.
W końcu się zsiadła, uff!
Wesołych Świąt moi drodzy wierni czytelnicy.

* Co do przepisu, to dodam go za jakiś czas, bo dziś czas już udać się do kuchni!

poniedziałek, 5 września 2011

Grzybowe ABC

Jedni mogą powiedzieć ze staje się monotematyczna, inni będą (mam nadzieję) będą zachwyceni. Bo dziś będzie jeszcze więcej o tym co ugotować z grzybów.

Tym razem zebraliśmy masę podgrzybków, kilka kilogramów na pewno oraz kilka pięknych borowików, szlachetnych na dodatek.



Borowiki podsmażyłam na maśle z odrobiną zeszklonej cebulki, posypałam solą, białym pieprzem i koperkiem... a to wszystko do czego innego jak nie do steaka!
(niestety nie mam zdjęcia, bo nie przypuszczałam ze będę o tym pisać)

Podgrzybki podzieliłam na dwie grupy, a w sumie nawet 3 grupy

Mniejsze okazy do marynowania
Większe okazy- Suche do suszenia, Wilgotne na zupę



Cale to przetwarzanie zajęło mi może półtorej godziny... to chyba mój życiowy rekord. Udało się to to głownie dlatego ze zajęłam się sprawa kompleksowo, a zarazem jednocześnie.

Najpierw ugotowałam rosół z kurczaka
(korpus z kurczaka i oba skrzydełka zagotowałam w ok. 3 litrach osolonej wody, usunęłam szumowiny cedzakiem, dodałam warzywa i przyprawy – 2 duże marchwie, 1 pietruszka, 1/3 selera, 15cm pora, podwęglona na palniku średnią cebula, 2 liście kapusty włoskiej, 2 ząbki czosnku, kilka listków laurowych, po kilka ziaren pieprzu i ziela angielskiego)

W międzyczasie pokroiłam grzyby przeznaczone do suszenia w plasterki, wyłożyłam na dużej brytfance i włączyłam piekarnik z termoobiegiem na 65۫C. (pamiętajcie aby grzyby co ok. 20min przemieszać i otworzyć na chwile piekarnik żeby wilgoć uciekła)

Resztę grzybów oczyściłam i te na zupę również pokroiłam. Grzyby przeznaczone do marynowania, które wydawały mi się nieco większe przepołowiłam lub nawet przekroiłam na ćwiartki.

Gdy zupa była gotowa, dałam jej godzinę, czyli trochę mało, ale w tym wypadku wystarczy, bo nie ma być to aromatyczny rosół z kury, tylko wywar na zupę grzybowa oraz baza do marynaty.

Polowe wywaru przelałam bez warzyw do innego garnka.

(Słoiki na marynaty- oczyszczone i wyparzone wrzątkiem już czekały)

Najpierw zagotowałam w dwóch porcjach po 3-5min grzyby do marynowania.
Wyłowiłam je cedzakiem i od razu przełożyłam do słoików.
Na tym samym wywarze później zrobiłam zupę grzybowa, która tym sposobem była z podwójnej porcji grzybów, czyli wyjątkowo aromatyczna.

Ocet do marynowania powinien być ok. 4%, co prawda piszą w książkach o 5-6% ale z mojego kilkuletniego doświadczenia wynika ze taki jest zbyt intensywny w smaku, i zabiera zbyt dużo tego typowo-grzybowego smaku...

Mój ocet ze sklepu był 5%, ( w Polsce zazwyczaj jest 10%, wystarczy go rozrobić pól na pól z woda a będzie 5% - jak pamiętam z chemii;)
Na 300ml octu dodałam 100ml rosołu na którym gotowałam grzyby oraz dwie łyżki cukru- roztwór zagotowałam i zalałam nim grzyby w słoikach które doprawiłam liściem laurowym i pieprzem ( zazwyczaj daje tez gorczyce, jednak tym razem jej nie miałam w domu)
Słoiki gorące szczelnie zamknęłam, a w sumie zrobił to Kuba, zeby zaznaczyc róznież jego wkład w to przedsięwzięcie (on tez wyparzył słoiki)
Postawiliśmy je do góry nogami, pięknie sie po kilkunastuminutach zassaly- noga teraz leżeć przynajmniej cala zimę!

Następnie zajęłam się zupą,



Zupa krem z podgrzybków

Wywar pozostaly z gotowania grzybow do marynowania- ok 1 litr
Dwie garscie pokrojonych podgrzbkow
Kilka warzyw z rosolu (seler, kapusta, marchew)

Zagotowalam przez 5 min zeby grzyby sie ugotowaly. Odczekalam kilkanascie minut zeby zupa ostygla. Całość Zblendowalam. Na koniec dodałam czubata lyzke kwasnej smietany i doprawilam sola i pieprzem.

Jednak z tego wszystkiego najbardziej dumna jestem z grzanek.

Dawno, a może nawet nigdy nie robiłam takich grzanek, a pamiętam ze tak właśnie ‘utylizowala’ czerstwy chleb moja babcia.

Chleb kroimy w plastry a następnie w kostkę.
Wrzucamy kostki na brytfankę, polewamy odrobina oliwy z oliwek i ziołami prowansalskimi, mieszamy. Pieczemy na 180 stopniach ok. 10min tak żeby grzanki zrobiły się chrupkie i rumiane.

Czy to grzybowych opowieści koniec? Czas pokaże.

Tymczasem życzę wam aby wszystkie wasze grzybozbiory były : prawe.

piątek, 26 sierpnia 2011

Jemy jak leśne ludy

Za siedmioma gorami, za siedmioma lasami, mniej wiecej 1500km od Warszawy zyla sobie dziewczynka ktora moze i dobrze gotowala, ale miala jedna wielka wade. Nie potrafila dotrzymac obietnic... Za kare dostala kataru i bolu gardla.


Oto poczatek bajki o tym jak obiecalam wam ze napisze o moim ostatnim, a w sumie to pierwszym w tym roku, grzybobraniu.
O grzybobraniu rozpisywac sie juz nie bede. Dla tych ktorzy poszukuja lasow w okolicach Londynu, polecam Puttenham Common. A wszystkim tym ktorzy mieszkaja w Polsce, zazdrosze... jesienia w szczegolnosci.
Rozpisze sie jednak dzis o tym co ugotowalam z moich ostatnich zbiorow.
Na kolacje byl Stek hache w sosie podgrzybkowym.
Na sniadanie Jajecznica na kurkach
A na kolejna kolacje Zupa grzybowa.

(oto efekt naszego grzybobrania, w polowie sierpnia warto dodac: Kurki, wielki zdrowy kozlarz, podgrzybki oraz wrzosy i szyszki do jesienej dekoracji)


Jak umiescilam to menu na moim facebookowym profilu, zrobilo furore. (kolega nawet oswiadczyl ze chce mnie za zone ;) Swiadczy to tylko o jednym.



Polacy to lesne ludy, kochaja grzyby!


Prosta pyszna zupa grzybowa
1. Gotujemy rosól - ja uwzylam wywaru ugotanego z ok 1/2kg skrzydelek z kurczaka, 3 marchwi, 2 lodyg selera naciowego, pietrzuszki, 2 lisci kapusty, 1 malej cebuli, 2 zabkow czosnku, 3 lisci laurowych, ziela angielskiego i pieprzu... no i oczywiscie soli (ok. 2 lyzki) i wody(ok. 2 litry)
2. Grzyby, u mnie jeden duzy kozlarz i 3 mniejsze podgrzybki, kroimy w paski lacznie z nozkami. Podsmarzamy z 1 drobno posiekana cebula ok. 10min na 50g masla.
3. 3-4 srednie ziemniaki kroimy w 1cm kostke, gotujemy ok. 7 min w osobnym garnku. Odcedzamy.
4. Z rosolu usuwamy warzywa i mieso, dodajemy podsmazone grzyby i ugotowane ziemniaki. Mozna tez dodac pokrojone warzywa z rosolu.
5. Zupe gotujemy na srednim ogniu ok. 5min od zagotowania. Nie dluzej bo grzyby i ziemniaki sie rozpadna.
6. Podajemy z lyzka smietany i koperkiem.




Stek hache, to stek z wolowego miesa mielonego. Jednak nie nazwalabym go kotletem mielonym bo smakuje zupelnie inaczej.


500g chudego miesa mielonego, 1 jajko - ugniatamy dokladnie na jednolista mase a nastepnie formujemy steki.


Mieso podsmazamy na oliwie z oliwek, tak jak lubicie, ja lubie takie nie do konca wysmazone.


Mieso zdejmujemy z patelni, nie myjac jej, wrzucamy posiekane w plasterki podgrzybki i 1 srednia cebule posiekana w paski. Po 10min duszenia, zalewamy mieso 200ml bulionu. Solimy i pieprzymy do smaku. Gotujemy az sos sie zredukuje. Grzyby powinny dodac mu gestej konsystencji, zatem zageszczanie maka nie jest konieczne.
Steki przekladamy ponownie na patelni, podgrzewamy jezeli to konieczne.


Podajmy z gesta smietana i posiekana pietrzuszka.







Jajecznica na kurkach


5 jajek -rozbeltanych w misce


200g kurek oczysczonych i pokrojonych na mniejsze kawalki


lyzka masla, 1 szalotka lub mala cebula posiekana w drobna kostke.


Koperek.
Jak robic jajecznice chyba kazdy wie? Jak nie to przeczytajcie ta historie...



niedziela, 14 sierpnia 2011

Elegancja Francja

Tak, tak znowu nie pisałam- długo. Jednak tym razem mam powiedzmy, że racjonalne wytłumaczenie- albowiem byliśmy na wakacjach. Kilka dni w Paryżu, kilka dni w Normandii i kilka dni w drodze aż dojechaliśmy zapakowani pod sufit francuskimi specjałami i przetworami z ziemi polskiej, peżociną do Londynu. (notabene muszę wam kiedyś opisać prom jakim się płynie miedzy starym kontynentem a Wielką Brytanią, no ale nie o tym dziś)


Byliśmy między innymi w miasteczku, a raczej wsi, bo były tam może ze trzy domy, Camembert. Jaki produkt z tego miejsca pochodzi chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. Ciekawe jest jednak to że ser ten powstał, a wiem to z pierwszej ręki bo odwiedziłam miejscowe muzeum, według receptury od mnichów z miasteczka Brie...Czyli podróbka przerosła popularnością pierwowzór, jak to współcześnie dość często bywa.
Co wolicie brie czy camembert? Czujecie różnice?
Ja wolę brie, ale musi być tak mocno dojrzały, że aż ciężko jego zapach okiełzać w lodówce.
Camembert lubię pieczony, zimą. Albo na kanapce z rzeżuchą...ahhh.

Poza tym dziś w sumie będzie tylko szybko o świetnej sałatce która pochodzi wprost z krainy najlepszych kompozycji sałatkowych, czyli z owej Francji. Nie widziałam w Paryżu restauracji ( a tak naprawdę to brasserie) w której nie było by w karcie sałatki z grzankami z kozim serem.(Salade chevre chaud- czyli sałatka z gorącą kozą?!)
Moją wersję wzbogaciłam o figę.

(proporcje na jedną porcję)
garść mieszanki sałat
kilka pomidorków cherry lub zwykłych pokrojonych w kostkę
3-4 łyżki zielonej fasolki szparagowej może być świeża, mrożona lub ta z puszki się świetnie nadaje.
1 szalotka lub 1/4 czerwonej cebuli pokrojona w paski
dojrzała figa
wszystko kroimy układamy na talerzu i polewamy klasycznym francuskim dressingiem:
1 łyżka oliwy z oliwek
żółtko z małego jaja
duża szczypta soli
duża szczypta pieprzu
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżeczka musztardy dijon
(dressing po wymieszaniu powinien mieć konsystencję niczym majonez)

Na koniec przygotowujemy grzanki z bagietki i koziego sera (u mnie pleśniowy z otoczką z popiołu, ale może być każdy miękki kozi ser) posypane rozmarynem. Bagietkę kroimy, smarujemy serem, posypujemy rozmarynem i pieczemy w rozgrzanym piekarniku ok. 10min aż chleb się lekko zarumieni a ser roztopi.



Niebawem, czyli dziś wieczorem lub jutro. (a dla tych co znają moją punktualność - to pewnie w połowie tygodnia ;) napiszę o moim wczorajszym, pierwszym prawdziwym w tym roku grzybobraniu i jego efekcie kulinarnym.



niedziela, 17 lipca 2011

Letnie placki ze złotym syropem

Dziś opiszę wam idealne niedzielne letnie śniadanie, a przy okazji opowiem wam o bodajże najstarszej marce świata... i nie jest to Aspiryna Bayera, jak mi się dotąd wydawało.

Rzadko kiedy robię śniadanie na słodko. Zdarza mi się jeść płatki z mlekiem raz na jakiś czas, lub owsiankę którą opisałam wam tu. Zazwyczaj jem kanapkę w biegu między malowanie oka jednego a drugiego-tak jest w tygodniu. W weekend staram się robić śniadania bardziej czasochłonne. Wtedy zazwyczaj są to jajka. O na przykład takie.


Dlatego nasze wczorajsze śniadanie było jak na moją kuchnie dość nietypowe. Jednak było tak smakowite, że kto wie czy zaraz jak skończę ten wpis nie zrobię ponownie podobnego.



Kilka dni temu wymyśliłam sobie te placki. Pomimo bardzo amerykańskiego wyglądu, pod wieloma względami są zupełnie inne. Po pierwsze są drożdżowe a po drugie zrobiłam je z mąki razowej, czyli zawierają w sobie dużo błonnika, ergo są zdrowsze. Zrobiłam je analogicznie do tego jak robię bliny które znajdziecie tu.
Mogą się wydawać nieco pracochłonne, ale jest to tylko pozorne. Spróbujcie a zobaczycie że warto te15 minut dłużej spędzić na przygotowaniu tego śniadania.



Najpierw zrobiłam rozczyn drożdżowy:

pół saszetki suszonych drożdży
100ml mleka
1 łyżka cukru
1 łyżka mąki pszennej białej

Mieszamy w garnku i lekko podgrzewamy do temperatury ok 40 stopni, czyli takiej która wydaje nam się ciepła ale jeszcze nie parzy. Mieszamy dokładnie aż drożdże i mąka się rozpuszczą.



Po 15minutach dodajemy ok.4 łyżek mąki razowej. Konsystencja powinna być dość kremowa po wymieszaniu.
Zostawiamy na kolejne 10 minut.


W misce mieszamy 2 jajka,2 łyżki oleju roślinnego, szczyptę soli, łyżkę cukru oraz ok. 100g mąki razowej.
Dodajemy rozczyn. Dokładnie mieszamy, tak aby uzyskać konsystencje ciasta półpłynną, dla laików: mniej więcej taką jak szampon ;)
Jeżeli ciasto jest zbyt gęste dodajcie odrobinę mleka,jeżeli zbyt rzadkie to mąki.
Ciasto zostawiamy na 10min.
Na koniec dodajemy ok 100-150g jagód. Ja użyłam borówek amerykańskich bo jagód to w Anglii mogę co najwyżej ze świeczką szukać.
Ciasto mieszam tylko łyżką, nie potrzebny jest mikser.

Placki smażymy na lekko otłuszczonej teflonowej patelni. Każdy placek robiłam z dwóch łyżek ciasta.Smażymy ok minuty na każdej stronie aż się zarumienią. Na koniec placki przekładam na papier kuchenny żeby pozbyć się nadmiaru tłuszczu.


No dobra, teraz widzę że zajęło mi to więcej niż 15 min. Ale tak czy siak, warto.

W międzyczasie Kuba skoczył do sklepu, bo stwierdził, że do takich placków konieczny jest nam syrop. (Ja miałam w planie posypać owoce cukrem....ale wyszło inaczej i dobrze!)

Byłam pewna, że kupi syrop klonowy. Tylko taki dotąd znałam do naleśników i innych śniadaniowych potraw na słodko.
A Kuba wrócił z taką puszką:

Przypadkowo trafił na jeden z najbardziej rozpoznawalnych angielskich produktów. Słyszałam o tym syropie już wcześniej, ale byłam przekonana że to po prostu rozpuszczony cukier, nie mogłam sobie wyobrazić że to jest takie dobre!
Sceptycznie podchodząc do tego produktu, przy okazji śmiejąc się z logo, którym jak widzicie jest gnijący lew i otaczające go muchy, spróbowałam...
Za pewne się domyślacie, że skoro o tym piszę to się do tego syropu przekonałam.
Smakuje lekko karmelowo, a przez to że jest bardzo słodki używa się go mniej niż zwykłego cukru.
W Anglii syrop ten kupicie w każdym sklepie. W Polsce specjalnie dla was znalazłam ten sklep:
http://fishandchipssklep.home.pl/Lyle039s_Golden_Syrup_454g_traditional_tin-453.html

Warszawiacy mogą tam po prostu podjechać a inni mogą zamówić internetowo. Gwarantuje wam że będzie to jedno z waszych lepiej wydanych 14 złotych.

Placki jedliśmy jak widzicie z malinami i truskawkami, polane tym złotym syropem.

A na koniec kilka ciekawostek które wyczytałam o Lyle's Golden Syrop-ie
Marka ta powstałam w 1885 roku, a w 2007 została uznana w księdze rekordów Guinnessa za najstarszą markę świata. Opakowanie nie zmieniło się o początku istnienia syropu, jedynie w czasach pierwszej wojny światowej gdy brakowało metalu, syrop był pakowany w puszki z grubego kartonu.
Absurdalnie wyglądające logo ma następujący sens. W starym testamencie gdy Król Salomon zabił lwa, zaobserwowano że pszczoły zbudowały ul w klatce piersiowej zdechłego zwierzęcia, podsumowano to słowami “Out of the strong came forth sweetness”- oto motto firmy.
Trochę dziwna ta historia mi się wydaje. Pan Lyle musiał być przynajmniej ekstrawertykiem, żeby nie powiedzieć dziwakiem... no ale co mi oceniać, dobry syrop wymyślił to się liczy.

Zróbcie te placki! Smacznego!
Related Posts with Thumbnails